Szwecja na smyczy (cz. 1)

Szwecja na smyczy (cz. 1)

Pachnąca kwiatami dzikiej róży, kwitnącej koniczyny i śmierdząca kiszonym śledziem. Soczyście zielona, wypełniona wodą i kamieniami. Kraj stawiający na naturę, z którą mieszkańcy nie mają szczególnie złożonych kontaktów. Człowiek ma prawo do kontaktu z naturą i ma prawo ją zastrzelić. Tubylcy to ludzie uprzejmi, którzy woleliby, żeby ciebie tu nie było. Kraj policyjny, który postanowił uszczęśliwić ludzi na siłę. Szwecja, raport z podróży.

Chłopiec nad rzeką

Była pierwsza połowa lat osiemdziesiątych. Ciepły letni dzień. Świat zewnętrzny był sceną gwałtownych napięć, przełomów i niepewności. A mnie mama zabrała nad rzekę. Kąpałem się w niej z kolegami, jadłem gotowane jajko i pomidora z solą. Po raz pierwszy zdecydowałem się złapać raka ręką. – Uważaj, bo może uszczypnąć – ostrzegła mama. Starsi chłopcy skakali z mostu, a ja robiłem coś, sam już nie wiem co. Potem leżałem na trawie, gapiłem się w niebo. W pole widzenia wchodziło mi źdźbło trawy, na którym kołysała się ważka. Potem mama czyta książkę, rzeka płynie, ja czegoś w niej szukam, sam nie wiem czego.

Takie wspomnienie przychodzi mi do głowy, gdy leżymy z Martą w trawie i schniemy po spontanicznej kąpieli „w strojach Adama i Ewy” w jednym z niezliczonych jezior i jeziorek w centralnej Szwecji. Nie do końca potrafię sobie uświadomić, co sprawia, że przełom czerwca i lipca w Szwecji nastroił mnie do wspomnień z dzieciństwa. Wydaje mi się, że lato w Szwecji takie właśnie jest. Jest przyjemnie ciepło, ale nie upalnie. Jest jak w dzieciństwie. Bo przecież we wspomnieniach sprzed ponad czterdziestu lat nigdy nie jest za gorąco. Jest idealnie. I dokładnie coś takiego było teraz w Szwecji. Nie wiem, czemu tak jest, ale z jakiegoś powodu tak właśnie jest. Nie pamiętam, czemu, po dwugodzinnym marszu wzdłuż górskiej rzeki, chciało mi się wyskoczyć z wszystkiego, co miałem na sobie, i wskoczyć do naturalnej niecki, z mniej rwącą wodą. Dlaczego namówiłem Martę do rozebrania się i kąpieli w jeziorku, otoczonym pastwiskami. Bo w Szwecji pastwiska i krowy to rzecz tak naturalna jak komary i kleszcze w wysokich trawach. Szwecja wiejska w ogóle jest jak Polska w czasach dzieciństwa. Wsie ze zwierzętami na pastwiskach, przeżuwającymi soczystą trawę i przeżywającymi swoje częściowo wolne życie. Oglądają niebo, nie tyją na kort, oglądają niebo, jeżdżą na plaże. Tak jeżdżą na plażę.

Ale wcześniej …

Ups! Tego słowa nie chcesz usłyszeć w dniu wyjazdu na wakacje.

Sprawdziliśmy, do Szwecji najłatwiej dostać się promem. Nie tylko z tego powodu, że od naszego północnego sąsiada dzieli nas Bałtyk. W tych okolicznościach, prom wydaje się być najlepszym rozwiązaniem, z oczywistych względów. Ale można też przez most. Przez Niemcy i Danię. Czasowo jest to nieco gorszym rozwiązaniem, choć też wartym uwagi. My tak wracaliśmy, ponieważ w całym królestwie Szwecji nie znalazł się choć jeden prom dysponujący kajutą, o odpowiednim dla nas standardzie. Czyli z linoleum zamiast dywanu i drzwi od pralki w miejscu okna. Ale to droga powrotna. W stronę Szwecji płynęliśmy promem.

Na wyspę Wolin dotarliśmy dobre sześć godzin przed odprawą. Celowo. Tak było nam wygodniej. Poza tym nie chcieliśmy stracić połowy dnia z naszej podróży. Wyjechaliśmy więc wcześniej i dotarliśmy przed czasem. Rozstawiliśmy się nad Starą Świną, by zrobić obiad i odpocząć. W naszym żargonie to postój na popas.

Kilka godzin później podjechaliśmy jako pierwsi pod szlaban odprawy na prom. I właśnie wtedy zorientowałem się, że nie zabrałem ze sobą dokumentów auta. Ups! Leżą sobie teraz spokojnie w szufladzie, czterysta osiemdziesiąt kilometrów stąd. A ja znalazłem się w sytuacji sapera, który właśnie się zorientował, że przecina zły kabelek. Ups! – to najgorsze, co możesz usłyszeć z ust sapera w trakcie pracy. I prawdopodobnie będzie to też ostatnie, co usłyszysz.

Jeśli bazyliszek miał spojrzenie owiane mityczną grozą, to trzeba było zobaczyć wzrok Marty, gdy wypowiedziałem na głos własne spostrzeżenie. Wyglądało na to, że podróż zakończy się, nim się zaczęła. Spodziewałem się, że groźba zamiany w kamień to dziecinna igraszka w stosunku do tego, co zaraz się wydarzy. Szybki telefon do koleżanki ze Szwecji. Próbowała uspokoić, że nie ma potrzeby mieć papierów auta, bo oni jeżdżą bez. Rozsądnie zauważyłem, nie wiem zresztą po co, że to z pewnością dotyczy poddanych króla Szwecji. Faktycznie, masz rację – zgodziła się ze mną. I dodała, że najważniejsze, żebym miał ubezpieczenie. Aha, to jeszcze ubezpieczenia nie mam – popełniłem drugi błąd, werbalizując swoje myśli.

Chwila niepewności. Moja żona wciąż doskonaliła się w byciu najgroźniejszym z możliwych bazyliszków. Nie było czasu do stracenia, bo pokrywa już podskakiwała pod naporem wzrastającego ciśnienia. Eksplozja była tuż-tuż. Rozpoczęło się odliczanie przed, wydawało się, nieuchronną przemianą w kamień. To był czas na szybkie znalezienie rozwiązania. Chwilowo przeszła mi przez głowę myśl o powrocie, ale szybko ją porzuciłem. Jedziemy! – Powiedziałem. Plan był taki. Dokumenty nam wyślą pocztą. A do tego czasu będziemy starali się nie dać powodów do zatrzymania. Rozsądnie, prawda?

W każdym razie uniknąłem losu Głupiego Jasia, który zmienił się w kamień, oglądając się za domem, tuż przed szczytem, z którego biło źródło Wody życia. No i wjechaliśmy na prom. Położyliśmy się spać, a o świcie przywitały nas majaczące na horyzoncie brzegi Szwecji.

Szwecja na smyczy

Na nasz pierwszy nocleg stanęliśmy na plażowym parkingu, jakich wiele w Szwecji. Może to i niezbyt romantyczne, ale w overlandingu tak już jest. Czasami musisz stanąć na nocleg na parkingu. Ten zresztą nie był taki zły. Staliśmy przy Tönnersa naturreservat. Tuż przy plaży. Wyszliśmy na nią i zobaczyliśmy znak, którego uproszczony przekaz brzmiał mniej więcej tak: ludzie na prawo i lewo, psy i konie tylko na lewo. I tylko na smyczy. Psy to w sumie oczywiste, ale konie? Nie tak często przecież spotyka się ludzi spacerujących z koniem, by aż stawiać taki znak. W każdym razie w Polsce. Bo Szwecja w tej kwestii to zupełnie inna sprawa. Jak się później okazało.

O psach i Szwedach

Szwecja to bardzo dziwny kraj. W każdym razie ja odnoszę takie wrażenie. Z jednej strony jest Allemansrätten (szw. prawo wszystkich ludzi) to unikalne prawo zwyczajowe obowiązujące w Szwecji, Norwegii i Finlandii. Daje ono każdemu człowiekowi swobodny dostęp do natury i prawo do poruszania się po niej – nawet po terenach prywatnych – pod warunkiem bezwzględnego poszanowania zasady „nie przeszkadzaj i nie niszcz”. Cudowna rzecz, będąca też powodem bólu głowy Szwedów – o czym za chwilę.

Szwecja jako państwo ma jedno fundamentalne marzenie. Chce uczynić wszystkich obywateli szczęśliwymi. Bez względu na ich wolę. Dlatego wszystko bardzo szczegółowo reguluje. Alkohol (tzw. brännvin) stanowił naturalny element wypłaty i był wkalkulowany w codzienne utrzymanie zatrudnionych. Był on traktowany nie tylko jako używka, ale także jako źródło kalorii i środek dodający energii do ciężkiej pracy. Pracownicy fizyczni otrzymywali wódkę o określonych porach dnia, nierzadko rano, w porze obiadowej i wieczorem, jako część tzw. deputatu żywnościowego. System ten napędzał ogromny problem alkoholowy w kraju. W odpowiedzi na szerzące się pijaństwo, na przełomie XIX i XX wieku zaczęły powstawać silne szwedzkie ruchy trzeźwościowe. Ostatecznie doprowadziło to do wielu prób ograniczenia i uregulowania dostępu do alkoholu, których symbolem stał się tzw. system Bratta (motbok) – wprowadzony w 1917 r. system reglamentowanych książeczek alkoholowych.

Dziękuję, że czytasz ARCHTRIP! Subskrybuj aby otrzymywać nowe wpisy i wspierać naszą pracę.

Zwyczaj płacenia alkoholem za pracę odszedł w przeszłość, a współczesna Szwecja znana jest z prowadzenia jednej z najbardziej restrykcyjnych polityk antyalkoholowych na świecie. Wszelkie napoje wysokoprocentowe sprzedawane są wyłącznie w państwowej sieci sklepów Systembolaget.

Byliśmy w takim sklepie, podczas naszego pierwszego pobytu w Szwecji, jakieś cztery lata temu. Wygląda to trochę, jakby się wchodziło do sklepu z bronią. Bramka, ochroniarz, poczucie, że robisz coś, na co pozwolono ci w drodze wyjątku. Patrząc Szwedom robiącym tam zakupy, można odnieść wrażenie, iż właśnie stanęli u wrót nieba. Choć kara przy kasie jest solidna. Oni, nie zrażeni, wypełniają wózki sklepowe do granic pojemności.

Pieniądze, za które kupujesz alkohol, też są chyba już wstępnie skarżone. Pamiętam, że miałem wówczas w kieszeni trochę szwedzkich koron. Podałem banknot kasjerowi. Wskazał palcem na półeczkę, na którą powinienem je położyć. Sięgnąłem po garść monet, odliczyłem brakującą kwotę i wysunąłem dłoń w jego kierunku. Wzdrygnął się i kazał wsypać do wlotu na monety. Maszyna pochłonęła bilon, przeliczyła i poinformowała kasjera, że OK.

Psy mają zapewnione w Szwecji swoje prawa. W domach nie mogą być zamknięte w klatkach. Nie mogą przebywać w mieszkaniu same dłużej niż sześć godzin. Trudno, masz psa, musisz zerwać się z pracy, by do niego pójść przed upływem szóstej godziny. Według szwedzkiego prawa spacer nie jest dla psa przywilejem, nagrodą, czy wyrazem twojej miłości. Jest jego niezbywalnym prawem. Spacer należy mu się jak … psu buda, chciałoby się powiedzieć. Jednak podejrzewam, że ta też może być zakazana.

A mimo to, a może właśnie dlatego, kto wie. Naprawdę wielu Szwedów ma psy. Są jednak też Szwedzi, którzy psów nie mają. I tych Szwecja też chce uszczęśliwić. Dlatego obowiązuje bezwzględny obowiązek trzymania psa na smyczy. Ludzie z psami, takie odniosłem wrażenie, unikają też kontaktu z innymi ludźmi z psami. Nie wiem dlaczego. W każdym razie ty, mając psa, musisz być pewny, że on nie podejdzie do kogoś innego, na podstawie swojej własnej woli. Musi to być zdecydowanie wynik twojej woli. Bo gdyby doszło do najmniejszego choćby zadrapania. Twój pies najpewniej może być ci odebrany. Przepisy jasno wyrażają taką możliwość.

Znajdzie się pod obserwacją. Dla kogoś w schronisku to obserwacja. Dla psa to gra o wyniku zerowym. Jeśli urzędnik uzna, że pies jest ok. Pies trafia do schroniska. Na minimum rok. Tak dla pewności. Później będą szukać mu domu. Jeśli natomiast urzędnik uzna, że „ten pies jest jakiś dziwny”. Kula w łeb.

Konie to zwierzęta, które Szwedzi uwielbiają prawie tak samo jak psy. Choć na wsiach to chyba koni jest więcej niż psów. Podróżując przez jakikolwiek kraj w Europie, nie widziałem tylu koni co w Szwecji. Są na każdej wsi. Pasą się, biegają, stoją oparte głowami, w zamyśleniu, o pień drzew.

Na plaży, na której spędziliśmy nasz pierwszy w Szwecji nocleg. Co chwilę pojawiał się ktoś z koniem. Podjeżdżał samochód – bus – dostosowany do przewozu koni albo osobowy z przyczepą. Wyciągali konia i ruszali na spacer po plaży. Najczęściej spacerował tylko koń, bo jeździec, wiadomo, siedział na spacerującym koniu. Czasami też jeździec spacerował z koniem. Nie zaobserwowałem sytuacji odwrotnej, ani by koń szedł, gdzie chce.

Czy Szwecja to kraj ludzi wolnych, którzy się umówili na ustalenie określonych zasad. Czy też to kraj, który narzuca ludziom zasady, bo wie lepiej, jak powinni żyć? – Zadaję to pytanie młodemu Szwedowi Kacprowi i Marii Polce żyjącej tu od 30 lat. Szwecja to nie jest kraj wolnych ludzi! – Odpowiadają identycznie, bez zastanowienia, z pewnością w głosie.

Allemansrätten to świetne prawo. I Szwedzi z niego korzystają. Szlaki często prowadzą przez prywatne pastwiska. Otwierasz furtkę i idziesz dalej. W rezerwatach co chwilę trafiasz na miejsce przygotowane do ogniska. Infrastruktura jest przygotowana. W najdalszych częściach szlaku trafisz na miejsce, gdzie możesz się przespać – albo schrony turystyczne, albo przynajmniej łóżko, rama z kilku desek bądź pni, wypełnionych mchem. Często przyszykowane drewno, jakaś ława z ławkami. W Szwecji najwyraźniej lasy nie płoną od ognisk palonych w przygotowanych miejscach. Choć te często są w środku lasu.

Jeśli chodzi o środowisko naturalne, to jako człowiek po prostu masz prawo tam być i kropka. I to jest problem dla Szwedów. Po Europie lotem błyskawicy, jakiś już czas temu, rozeszła się wiadomość, że w Szwecji jest prawo pozwalające ci spać na dziko, rozstawić się na czyjejś łące na nocleg i nic właścicielowi do tego. Właśnie z tego powodu Szwedzi nie specjalnie przepadają za miłośnikami overlandingu czy karawaningu.

To wszystko przez Niemców. – Usłyszałem od kogoś. – Rozstawiają się kamperami koło mojego domu i twierdzą, że mogą tam być!

Prawda jest jednak taka, że Allemansrätten dotyczy tylko ludzi. I tylko wówczas, gdy podróżują pieszo. Mogą spać w lesie, rozbić namiot na twoim pastwisku. To jednak coś zupełnie innego niż ustawienie się wyprawowym samochodem czy kamperem.

Dostosuj się.

Dla środowiska overlanderów, szczególnie takich jak my, którzy podróżują samochodem terenowym, idealna okoliczność to wjechać tam, gdzie nie wjedzie nikt inny. Zaszyć się w tej dziczy i tam spędzić noc. Może dzień i noc. Noc, dzień i kolejna noc. Potem ruszyć dalej. Szwecja to jednak kraj dla piechurów. Dlatego dostosuj się i korzystaj. Spać można praktycznie na wszystkich leśnych, nadmorskich, górskich parkingach. Tylko nieliczne mają oznaczenia zakazujące. Zostaw samochód i rusz w drogę pieszo. To będzie cudowna przygoda. My następnym razem weźmiemy namiot i będziemy robić dwudniowe spacery. W tamtych stronach, skarby natury – widoki, ścieżki leśne, polany do spania. To wszystko jest dla człowieka. Szwedzkie podejście do tematu zasługuje na medal.

Dzikie zwierzęta.

Każdy medal ma jednak dwie strony. Ta pierwsza, dla człowieka, to prawo do kontaktu z naturą. Drugą stronę medalu zobaczysz, jeśli urodziłeś się dzikim zwierzęciem. Zasadniczo, to jest może zbytnim uproszczeniem, zgoda, ale tak właśnie jest. Jeśli urodziłeś się dzikim zwierzęciem, to przysługuje ci prawo do niebycia straszonym przez psa, który przyszedł z człowiekiem na spacer. I do kulki w łeb.

Myślistwo jest w Szwecji mocno rozwinięte, tereny łowieckie są rodzajem terenów o charakterze zbliżonym do prywatnych. W naszej podróży, gdy pytaliśmy lokalnych, czy gdzieś możemy wjechać, stanąć na noc, przejść się na spacer z psem. Zdecydowanie odradzano nam, jeśli to były tereny myśliwskie. Szwedzcy myśliwi mają okazję, by sobie postrzelać. Czy to w lesie czy na drodze.

Zobacz zestawienie danych

Jeśli potrącisz albo znajdziesz na drodze potrącone zwierzę. Nie szukaj dla niego pomocy. Powinieneś zadzwonić na policję, podać lokalizację. Oni przyślą myśliwego i … kula w łeb. Nasza znajoma zaopiekowała się kiedyś pogryzionym jeżem. Obdzwoniła okoliczne przychodnie weterynaryjne w poszukiwaniu pomocy. Odpowiedź była jedna. – To dzikie zwierzę, zostaw na miejscu, zadzwoń na policję. Ale gdybyś chciała mu pomóc. To pamiętaj! Możesz trzymać 24 godziny. Potem odstaw na miejsce, zadzwoń po policję i … kula w łeb. Na próżno szukać przytulisk, miejsc przywracania naturze itp.

Na safari do Szwecji. Ostrygi.

Prawo do korzystania z natury daje możliwość zbierania poziomek, jagód, grzybów, czy co tam znajdziesz w lesie czy na łące do zjedzenia. Nie oznacza natomiast, że możesz łowić ryby. W wodach słodkich wymaga to dodatkowego zezwolenia. W wodach słonych – morskich – możesz wędkować bez problemu. Nie oznacza to jednak, że wszystko, co w morzu, jest twoje.

Planując wyjazd do środkowej Szwecji, zasięgnęliśmy języka u Patrycji i „Drzemesia”. Dwójki naszych znajomych podróżników, którzy złośliwym zrządzeniem losu w zeszłym roku byli wszędzie tam, gdzie akurat planujemy pojechać w tym roku. Koniecznie pojedźcie do Fjällbacki. To malownicze, kiedyś rybackie miasteczko na zachodnim wybrzeżu Szwecji. Chcieliśmy tam pojechać. Chciałem zobaczyć miasteczko zdziesiątkowane pod względem ludności przez swoją mieszkankę. Camilla Läckberg, popularna szwedzka autorka kryminałów. Których większość rozgrywa się właśnie w miasteczku. Urodziła i wychowywała się tutaj.

Miasteczko okazało się przeurocze. Camilla na łamach swoich książek zamordowała jakieś siedemdziesiąt osób. Nikt tego chyba jeszcze nie policzył. W każdym razie przy populacji liczącej na stałe około ośmiuset sześćdziesięciu mieszkańców. Można przyjąć założenie, że ludność została dość znacznie przetrzebiona. Nic z tych rzeczy. Miasteczko ma się świetnie, mieszkańców jest wystarczająco, by obsłużyć dwadzieścia tysięcy turystów. Naprawdę warto tu przyjechać. Jest morze, są góry, słodziutka lukrowana architektura. Zdecydowanie warto. Tylko kapelusza nie można tu kupić.

Wracając do Allemansrätten, w morzu możesz wędkować bez obaw. A morze tam wzywa, by się w nim zanurzyć, co Szwedzi czynią ochoczo. Gdy my odwiedziliśmy Fjällbackę, dzień był słoneczny i upalny. Postanowiliśmy się schłodzić i pobrudzić w wodzie, obijając palce o niezliczone kamienie na dnie. Aż Marta wypatrzyła skorupę. Wskazała mi ją palcem, a mi aż pociekła ślina. To była ostryga. Zaczęliśmy się przyglądać temu, co na dnie. Były ich dziesiątki. Kuśtykaliśmy po tych kamieniach po kolana w wodzie. Człowiek z tarasu pomachał do nas uprzejmie, kładąc mięso na grill. Wyłowiliśmy kilka sztuk. Otworzyliśmy je nożem, który zawsze mam w plecaku. I zjedliśmy. Były pyszne, cudownie morskie.

I takich rzeczy właśnie nie wolno w Szwecji robić. Allemansrätten nie obejmuje ostryg. Należą one do właściciela działki. W naszym przypadku, być może właśnie do tego, który machał do nas radośnie.

Dlatego w Szwecji organizowane są ostrygowe „safari”. Organizatorzy znają swoją okolicę, wiedzą, gdzie są ostrygi, i który akurat kawałek dna nie ma właściciela. Podejrzewam, że warto się wybrać. Najczęściej organizowane są w okolicach września.

Szwedzi przez dwa miesiące w roku udają Amerykanów.

Jedziemy przez Szwecję, drogi raczej pustawe, nie licząc głównych autostrad, gdzie ruch jest trochę bardziej natężony. No ale my jeździmy lokalnymi drogami. Uważamy, że tak lepiej zwiedza się kraj. Prędkości przejazdowe w tym kraju są raczej usypiające. Za szybko, by wysiąść z jadącego auta i przespacerować się obok, rozprostowując kości. Za wolno organizm chciał się skoncentrować na prowadzeniu. Więc snujemy się i gapimy. Podziwiamy porządek. Brak reklam w krajobrazie. Niezliczone pastwiska z krowami. Często otoczone, od strony drogi białymi płotami, złożonymi z słupków i przybitych do nich dwóch desek poprzeczek, pomalowanych na biało. Krajobraz, gęste ciągnące się kilometrami lasy i te płoty. To trochę przywodzi na myśl Amerykę Północną. I chyba nie bez przyczyny, bo co chwila mija nas wielki amerykański kabriolet z lat sześćdziesiątych. Pewnie kojarzycie, wielkie seledynowe paskudztwa ze skrzydłami. Te auta są tak szpetne, że aż piękne. Tych samochodów są setki. Posiadanie takiego auta to chyba szwedzki sport narodowy. W każdym razie na wsiach i małych miasteczkach.

Trudno powiedzieć, kto jeździ tymi autami. Emeryci? Klasa średnia? Raczej nie ma tu zasady. Szwedzi kochają Amerykę, głównie lat sześćdziesiątych. I to bardzo. Na tyle, by sprowadzić, odrestaurować i trzymać w garażu przez większość roku. By w końcu na dwa miesiące w roku pojeździć sobie wielkim, starym samochodem bez dachu, po północnym kraju. Emblematyczną wręcz sytuację dla tego zjawiska widzieliśmy w niedzielne popołudnie. Podjechaliśmy na stację benzynową. Obok był Burger King. Na parkingu pomiędzy stacją i fast foodem stał wielki stary krążownik szos. Oczywiście kabriolet. I oczywiście idealnie odrestaurowany. A w nim siedziała para w wieku emerytalnym, jadła burgery i piła napój z papierowego kubka.

Pomyślałem sobie, że Szwedzi na emeryturę zostają Amerykanami z przeszłości. A krajobraz ich kraju stara się do tego dopasować.

Dziękujemy, że czytasz ARCHTRIP! Ten post jest publiczny, więc możesz go swobodnie udostępniać.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *