Co to jest tydzień i po co?

Co to jest tydzień i po co?

„Co to jest tydzień i po co?” Miał zapytać W. Cejrowskiego Indianin z Amazonii, podczas jednej z jego podróży w tamte okolice. Uśmiałem się pierwszorzędnie, czytając te słowa. Co tam uśmiałem się, pękałem ze śmiechu. Nie tylko z powodu zgrabnej narracji całej rozmowy, ale też z tego powodu, że też zastanawiam się nad sensem istnienia tygodnia.

Bo co to za jednostka i po co? Z tygodniem jest trochę tak jak z leczeniem kataru. Leczony trwa siedem dni. Nie leczony tydzień. Tydzień na urlop to mało. Dobrze spędzony weekend poza domem wydaje się jakby był tygodniem. Droga skądś dokądś mogła zajmować siedem dni konno. To bardzo dużo. Ale gdy powiem, że kiedyś w ciągu siedmiu dni odwiedziliśmy państwa nad czterema morzami. To można powiedzieć, że bardzo szybko.

Czyli wracamy do fundamentalnego pytania „Co to jest tydzień i po co?”. Mój pies nie zna pojęcia tygodnia. On nie ma potrzeby dzielenia odcinka na mniejsze, i mniejsze. U niego wszystko toczy się po okręgu. Znowu jest rano. Czyli jest pięknie. Mój pies zaczyna dzień właśnie od cieszenia się. Potem jest dzień, potem przychodzi wieczór, czyli trzeba iść spać. Bez żalu, że dzień się kończy. I bez przykrości, że noc się kończy i znowu dnieje. U mojego psa wszystko zaczyna się i kończy w cyklu dnia.

Jakiś czas temu, obserwując swojego psa, doszedłem do wniosku, że chcę być jak mój pies. Cieszyć się, że dzień się zaczął. Nie martwić się, że się kończy, a ja mam jeszcze tyle spraw. Taki mam plan i konsekwentnie go wdrażam. I w tej sytuacji tydzień nie jest mi do niczego potrzebny.

Gdy idziemy sobie gdzieś, z moim psem. Czasami napotkani ludzie pytają – A co to jest za rasa? – Patrzymy wówczas na siebie. Ja na swojego psa, mój pies na mnie. I wymyślamy odpowiedź. Mój pies „ma w kocie” jakiej jest rasy. (Mieć w kocie jest eufemizmem do zwrotu bardziej dosadnego). I ja też to tam mam. Ludzie potrzebują wiedzieć, jakiej rasy jest pies, którego widzą pierwszy i ostatni raz w życiu. Podobnie jak potrzebują wiedzieć, czy w tym czy w przyszłym tygodniu.

A do tego wszystkiego ludzie nie mają pojęcia, kiedy zaczyna się i kończy tydzień. Kilka lat temu wprowadzono zakaz handlu w niedzielę. Oczywiście nie bardzo o tym wiedziałem, nie mając w zwyczaju bycia na bieżąco z informacjami z radia i telewizji. Tego dnia wstałem rano i stwierdziłem, że czegoś akurat nie mam. A bardzo zależało mi by to mieć. Najprawdopodobniej były to fajki, choć dziś już nie pamiętam. Ponieważ mam osiedlową galerię sto metrów od mojego mieszkania. Wsunąłem coś na nogi i bardziej na rdzeniu, niż z udziałem w pełni rozbudzonej świadomości. Poszedłem do sklepu. Zamknięte! Dlaczego? Może stałem się niewidzialny dla fotokomórki drzwi? Macham, ruszam się, staram się być możliwie najbardziej człowieczy dla cyfrowego oka urządzenia. Nic!

Wychodzi człowiek z naszywką „Security” na koszuli. Mówi, że zamknięte. Zaskoczony pytam – Dlaczego? – Bo jest dzień święty. Siódmy dzień tygodnia, proszę Pana. Niedziela! Każdy chrześcijanin o tym wie – odpowiada. Wciąż intelektualnie trochę nieprzytomny, odpowiadam mu, że niedziela to pierwszy dzień tygodnia. Siódmy to sobota. Staram się wytłumaczyć, że chrześcijanie nie świętują niedzieli z racji tego, że Bóg raczył urządzić sobie dzień odpoczynku. Lecz z tego powodu, że pierwszego dnia postanowił stworzyć świat. Starszy pan z napisem „Security” na białej koszuli, odwracając się na pięcie, burknął – W każdym razie zamknięte, Rząd tak zdecydował.

Ostatnio spędziliśmy prawie rok w Górach Złotych. W tamtych okolicach nikt tygodniem się nie przejmuje. Czas odmierza się jednostkami bardziej realnymi. Był koniec pięknej jesieni. Pojechaliśmy do skansenu Gottwaldówka umówić się na nagranie filmu. Przedstawiliśmy właścicielce swój plan, a ona ochoczo się zgodziła. Z jednym drobnym zastrzeżeniem. – Spotkajmy się wiosną – powiedziała – bo będzie już ładniej, a teraz zamykamy.

Inne nasze doświadczenia z tamtych okolic w kontekście odliczania czasu to „gdy spadnie śnieg”, „jak będzie więcej śniegu”, „w ferie zimowe” czy „latem”. Gdy żyje się pod dachem galerii handlowej, w tunelach metra. W okolicznościach, gdy nic, oprócz sezonowych ofert sprzedawców, się nie zmienia. Wówczas potrzebne są tygodnie. W okolicznościach bardziej naturalnych, jak chociażby te w górach, funkcjonowanie tygodnia ma ograniczony sens.

Więc co to jest tydzień i po co on? Jak wyjść z matni tego prostego w sumie pytania? Bo przecież tydzień nie istnieje w przyrodzie, jest konstruktem – dziełem ludzkiego umysłu, który potrzebuje ram do okiełznania chaosu dni. Można powiedzieć, że dzieli egzystencję na fazy wysiłku i wytchnienia. Na sacrum – sobota i niedziela – i profanum – od poniedziałku do piątku. Można też podejść bardziej filozoficznie, idąc za dociekaniami Alberta Camusa, w którego filozofii alegorycznym odniesieniem do sensu tygodnia w życiu człowieka jest mit o Syzyfie.

Syzyf jest bohaterem absurdalnym, skazanym na wieczne wtaczanie głazu na szczyt góry. By na koniec głaz stoczył się znowu w dół. Dla człowieka współczesnego takim głazem może być cotygodniowy raport, próba „odgruzowania” skrzynki mailowej w pracy czy stanie przy taśmie produkcyjnej. Absurd polega na tym, że wiemy, iż w piątek głaz spadnie na dół, a w kolejny poniedziałek zaczniemy od nowa.

Zdaniem Camusa najważniejszym momentem mitu o Syzyfie jest moment, gdy Syzyf schodzi w dół po kamień. To czas refleksji. Świadomość, że ten cykl się powtórzy, pozwala nam przestać być niewolnikami systemu. Zamiast biernie ulegać automatyzmowi, dostrzegamy mechanizm. Co ważne o tyle, że większość ludzi żyje w stanie permanentnego odroczenia egzystencji. Traktowanie pięciu dni jako kary – byle do piątku – a dwóch jako nagrody, czyni z większości życia pustkę. Jedynie nadanie sensu temu procesowi. Skoro tydzień sam w sobie nie ma wyższego, odgórnego sensu, to Ty musisz go nadać każdej godzinie wtaczania głazu. Praca, trud i powtarzalność stają się polem do manifestacji Twojej godności – twierdził Camus.

O ile Albert Camus stawia na bunt i przekucie kary tygodnia w cnotę własną. To Fryderyk Nietzsche idzie dalej w swojej koncepcji wiecznego powrotu. W książce „Wiedza radosna” wysnuł koncepcję testu na ostateczną akceptację własnej egzystencji. Namawia w niej, abyśmy wyobrazili sobie sytuację, w której zakrada się w nocy do nas Demon i mówi: „To życie, tak jak je teraz przeżywasz i przeżywałeś, będziesz musiał przeżyć raz jeszcze i niezliczone razy”. Nie będzie w nim nic nowego – każdy ból, każda radość, każdy poniedziałkowy poranek i piątkowy wieczór powrócą w tej samej kolejności. Ten demon, wraz ze swoją przepowiednią, to rodzaj narzędzia etycznego, które ma nas postawić przed pytaniem, czy ta wizja nas sparaliżuje, czy rzucimy się na ziemię i przeklniemy demona, czy też uznamy to za najwspanialszą wiadomość. Wieczny Powrót służy jako ostateczny test na akceptację własnej egzystencji, który Nietzsche nazywa Amor Fati (miłość do losu). Nie możesz chcieć zmienić niczego w swojej przeszłości ani teraźniejszości. Musisz pokochać swój los takim, jaki jest – z jego nudą, rutyną i cierpieniem. Każda decyzja, którą podejmujesz w tym tygodniu, nabiera gigantycznego znaczenia. Skoro masz powtarzać dany czyn nieskończenie wiele razy, musisz żyć tak, abyś w każdej chwili był gotowy chcieć jego wiecznego powtórzenia.

Amor Fati w odniesieniu do koncepcji tygodnia oznacza całkowitą akceptację każdego z siedmiu dni jako nieodłącznego elementu naszej egzystencji, bez dzielenia czasu na „zły” (roboczy) i „dobry” (wolny).

Reasumując, likwidacja „byle do piątku”. Zakończenie wojny z własnym czasem – nienawiścią do poniedziałków i wyczekiwaniem weekendu. Być może likwidacja tygodnia jest receptą na szczęśliwość ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *