Jak pszczoły na polu facelii

Jak pszczoły na polu facelii

Facelia miododajna to roślina sprowadzona z Kalifornii, jej głównym, choć nie jedynym, zastosowaniem jest pszczelarstwo. Ma bardzo krótki okres wegetacji – około 100 dni. Zapewnia obfity nektar i pyłek, co wprawia pszczoły w zachwyt i olbrzymi nastrój do pracy. Z jednego hektara uprawy potrafią wyciągnąć od stu osiemdziesięciu do nawet tysiąca stu kilogramów miodu.

Miło jest stanąć na skraju pola facelii w czasie jej kwitnienia, przyglądać się pochłoniętym tańcem pracy pszczołom. Jedna pszczoła wydaje dźwięk, na który można nawet nie zwrócić uwagi. Choć czujne ucho wychwyci go bez problemu. Kilka pszczół, przelatując z kwiatka na kwiatek, wydaje kojące brzęczenie. Kilkaset pszczół buczy już całkiem solidnie. Natomiast kilka tysięcy, kto wie, może nawet kilkanaście tysięcy. Co w sumie jest najbardziej prawdopodobne. Pracujących na polu uprawnym tej rośliny, wydaje już raczej szum, chaotyczne i męczące buczenie tła. Poszczególne pobrzękiwania są jeszcze słyszalne, ale szumiące tło dźwiękowe jest raczej mało przyjemne dla ucha.

Po niecałym miesiącu siedzenia w mieście czujemy się jak dwie pszczoły na polu facelii, dziwnym wybrykiem losu wyposażone w uszy. To co widzimy dookoła, umówmy się, też nie jest ukwieconym bezkresem błękitu, gdzieś tam na horyzoncie zlewającym się z niebem.
Nie budzi nas tu bezszelestny wschód słońca czy ptasie trele za oknem. W zamian mamy nocną lunę miasta i poranne zapowiedzi z przystanku za oknem – „Linia numer dwadzieścia jeden, kierunek Gaj”.

Po dziewięciu miesiącach w cichych Górach Złotych zaczęło nam to przeszkadzać. Czujemy się przebodźcowani. Potrafimy sobie z tym radzić, regularnie wyprawiając się na całodzienne spacery za miastem. Z dala od miasta. Zauważyliśmy jednak, że zaczynamy się śpieszyć. Te wszystkie szumy i obrazy działają na nas trochę jak atmosfera w przydrożnym sieciowym fast foodzie. Dynamiczna muzyka, pośpieszne ruchy obsługi, ludzie tłoczący się przy automatach do zamawiania.

Swoją drogą, to ciekawe. Do przeczytania menu konieczne jest zaangażowanie ręki. Ciągle trzeba coś przesuwać, klikać. Wchodzić w interakcje z menu, które jest tak skonstruowane, żeby ciągle prowadzić w jakiś dodatkowy, boczny zaułek.
Rozmawiałem kiedyś z optometrystką podczas badania. Skarżyłem się, że mam leniwe oko. Muszę sobie przypominać o mruganiu. Powiedziała mi wtedy, że to przez czytanie na ekranach. Czytając książkę, przekładając kartę, dajemy sobie czas i sygnał do mrugnięcia. Przesuwając ekran palcem, tę niekończącą się jedną stronę, zapominamy o mruganiu. Oko ma cały czas kontakt z tekstem. Taka była jej koncepcja. Nie wiem, czy tak jest, czy potwierdzają to jakieś badania. Sama teoria mnie jednak przekonuje.

Zauważyliśmy, że w dużym mieście mimowolnie zaczynamy się śpieszyć. Te wszystkie bodźce, tempo, szum, dźwięki dochodzące dosłownie zewsząd. To wszystko wrzucone do jednego szejkera i wstrząśnięte, zmieszane, zmiksowane. Wywiera na nas stałą presję i to zaczyna nam doskwierać. Widzimy to, bo mieliśmy detoks od pośpiechu, szumu, ponaglającej presji. Zdecydowanie nie chcemy się temu poddać. Musimy wyjechać.

Szczęśliwie nasz sposób na życie, taki sobie wybraliśmy, sprawia, że to możliwe. I tak najczęściej nie ma nas w mieście. Jednak ta dziewięciomiesięczna przerwa, przygoda z życiem w górach, sprawia, że chyba po raz pierwszy wyjeżdżamy z tego dokładnie powodu. Nasza wrażliwość jest przebodźcowana. Zdecydowanie nie jesteśmy pszczołami.

Zasubskrybuj teraz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *