Iluzja. Podróż w poszukiwaniu rzeczy niemożliwych.

Iluzja. Podróż w poszukiwaniu rzeczy niemożliwych.

Wymagało to niemało nakładów i wysiłku, od wiosłowania mieliśmy odciski na dłoniach o skórze pomarszczonej jak rodzynki. W końcu jednak dotarliśmy, nie bacząc na trudy podróży. Ląd to był niegościnny, skuty lodem. Żadnych drzew, żadnych łąk. Martwy po widnokrąg. Takim w każdym razie nam się jawił, gdy postawiliśmy na nim swoje stopy. Grenlandia, kto do cholery wymyślił tę nazwę? Tu nie ma nic zielonego.

Nazwę nadał wyspie Erik Thorvaldsson, zwany Erykiem Rudym, od koloru włosów, norweski osadnik, który około 982 roku został wygnany z Islandii za zabójstwo. Popłynął na zachód i odkrył tę wielką, w większości pokrytą lodem wyspę. Wypłynął ze swoją drużyną na dwudziestu pięciu łodziach. Na miejsce dotarło tylko czternaście, reszta zatonęła lub zawróciła, wątpiąc w sukces misji. Może i Eryk był szują, ale miał talent do marketingu miejsc. Nadając taką nazwę, po prostu chciał zwabić osadników. Wiedział przecież, jaką moc ma marketing. Pochodził ze znacznie przyjaźniejszej i bardziej zdatnej do życia Islandii (Lodowej Wyspy), której nazwę nadano, by zniechęcić konkurencję do osadnictwa. Było to w 982 roku naszej ery.

Jakieś 1034 lata później. Czyli w 2016 roku. W zupełnie innej części Europy, niejaki Franco Malosso zbudował sobie amfiteatr na zboczu góry. Niby nic specjalnego, każdy przecież mógł. Franco jednak miał rozmach. Twierdził, że obiekt odsłonił się w wyniku osunięcia ziemi w 2005 roku. Co więcej, twierdził, że jest to jeden z najstarszych i największych amfiteatrów świata. Budowla pochodzi z 393 roku przed naszą erą. Do tego dorzucał, że bywał tam Juliusz Cezar wracający z Egiptu z Kleopatrą, a w pobliskim kościółku miała mieszkać szekspirowska Julia Capuletti.

Miejsce więc było na tyle atrakcyjne, że turyści zjeżdżali masowo, płacąc 40 euro za bilet. Biznes szedł świetnie, jednak przedsięwzięcie zwróciło uwagę lokalnych władz, które podały sprytnego Franco do sądu. I tak naprawdę, to właśnie w tym momencie robi się ciekawie. Śledczy ustalili, że „ruiny” były w rzeczywistości wykonane ze sztucznie postarzanych materiałów współczesnych – włókna szklanego, betonu i gipsu. Czyli zwykły pic jak z tą Zieloną Wyspą – Grenlandią.

O ile Eryk Rudy po prostu nie chciał władać wyspą zamieszkałą głównie przez foki, niedźwiedzie polarne i karibu. Potrzebował osadników, by mieć kim władać. O tyle Franco Malosso napędzało inne pragnienie. Chciał uwagi. Jego pełne, samodeklarowane nazwisko brzmiało Franco Molosso Alessandro di Macedonia Maltarello von Rosenfranz. Na swojej biograficznej stronie internetowej podawał się m.in. za muzyka akademickiego, dyrygenta, dyrektora artystycznego, kompozytora, dziennikarza, pisarza i badacza historycznego, twierdził też, że pracował przy telekomunikacji satelitarnej i współpracował z technikami NASA przy projektach rozpoznawania twarzy, postawy i głosu. Przedstawiał się jako filantrop i działacz pokojowy, który w wieku 14 lat został dwudziestym dziewiątym margrabią, a swój ród wywodził od Aleksandra I Epirockiego, stryja Aleksandra Wielkiego – gdzie indziej nazywał siebie ostatnim królem Molossów albo macedońskim dziedzicem.

Sprawa sądowa zapewniła mu rozgłos, ale mimo żółwiego tempa pracy włoskiego wymiaru sprawiedliwości, wyrok w końcu musiał zapaść. Nie pomogła argumentacja obrony, polegająca na tym, że fałszerstwo było tak rażąco oczywiste, iż nie mogło skutecznie wprowadzić turystów w błąd. Franco Malosso został skazany. Sam wyrok nie był surowy, a Franco jeszcze kilka lat migał się przed odsiadką.

Co łączy te dwie sprawy? Obaj panowie byli przestępcami. Obaj znali się na marketingu miejsc i potrafili to wykorzystać na swoją korzyść. Eryk, zakładając kolonię, od razu obrał sobie miejsce na dwór – Brattahlid – i systematycznie nadawał nazwy terenom wokół, co było formą ustanawiania osobistej kontroli nad obszarem. Zresztą po osiedleniu się żył jak władca i cieszył się tytułem naczelnego wodza całej kolonii – to nie przypadek, tylko cel. Franco potrzebował pieniędzy, arystokratyczne pochodzenie sobie wymyślił.

Obaj postawili na ludzi żądnych przygód. Eryk na osadników, Franco na turystów. Cała różnica polegała na tym, że w czasach Eryka i długo jeszcze później, podróżnik miał tylko wiedzę o istnieniu miejsca, do którego zmierza. Czasem dość mglistą i nie zawsze prawdziwą. Jednak ruszał wiedziony ciekawością. W czasach Franco, w naszych czasach turysta, podróżnik, nie dość, że wie o istnieniu miejsca, do którego wyrusza. To jeszcze najczęściej robi to na podstawie zdjęć. Ogląda Instagram lub kolorowe pismo, teraz już chyba rzadziej, ale niech tam. Widzi zdjęcie ciekawego miejsca, często mocno podkręconego przez filtry i obróbkę. I myśli sobie – ale pięknie, chcę tam pojechać.

Zasubskrybuj teraz

Jest rok 1165, Konstantynopol dnia powszedniego. Młody sługa pod osłoną nocy zakrada się do opitych winem strażników i robi w wosku odcisk klucza do wieży, w której uwięziono jego pana. Być może w tym samym momencie cesarz Manuel I Komnenos po raz trzeci czyta list, który otrzymał tego dnia. List pochodził od Prezbitera Jana – potężnego chrześcijańskiego króla-kapłana rządzącego bajecznie bogatym królestwem gdzieś na Wschodzie. List był fałszerstwem, ale rozpowszechnił się w ponad stu odpisach w kilku językach i kopiowano go przez resztę średniowiecza.

I tu historia robi się naprawdę ciekawa. Papież Aleksander III, znający treść listu z licznie rozpowszechnionych już kopii, odpowiedział na niego 27 września 1177 roku. Odpowiedź wysłał przez swojego zaufanego człowieka – osobistego lekarza, który miał dotrzeć do Prezbitera Jana – lecz Filip po prostu zniknął w drodze, nigdy więcej o nim nie usłyszano.

141 lat później do Europy przypływają etiopscy ambasadorowie. Nie twierdzą, że są posłańcami Prezbitera Jana, ale Europa, mając w pamięci ponad półtora wieku krążącego listu, sama dopasowuje ich do wykreowanej historii. Nie oni oszukali Europę, to Europa sama znalazła sobie „kadr”, w który ich wstawiła.

Mijają kolejne 181, a potem 192 lata, gdy ten sam, wciąż niepotwierdzony byt dostaje literalnie fizyczne listy – pieczętowane, wiezione przez ocean, adresowane do króla, którego nikt nigdy nie widział. Wysyłano prawdziwe wyprawy, żeby go odnaleźć, przy okazji innych oczywiście spraw. Poszukiwania Prezbitera Jana bezpośrednio przyczyniły się do odkrycia Przylądka Dobrej Nadziei przez Bartolomeu Diasa i wyprawy Vasco da Gamy. Kiedy nie znaleziono go w Azji, legenda się nie skończyła – po prostu „przeniosła się”: skoro nie było go w Azji, może rządził gdzie indziej. Poszukiwania trwały aż do XVII wieku.

Umberto Eco napisał o tym świetną powieść „Baudolino” – jej bohater wraz z przyjaciółmi sam fabrykuje list od Prezbitera Jana jako polityczny zabieg, po czym rusza w prawdziwą wyprawę szukać królestwa, które sam wymyślił. Eryk oszukiwał osadników. Franco oszukiwał turystów. W powieści Eco Baudolino oszukuje świat, a potem sam rusza w drogę i oszukuje samego siebie. I znajduje to, czego szukał.

Kto widział Gizę z jej piramidami, wie, że rzeczywistość nie wygląda jak na zdjęciach. Bo tuż obok jest ruchliwe, brudne miasto. Piramidy w Gizie stoją na skraju platformy pustynnej, ale bezpośrednio przy nich, dosłownie u ich stóp, leży gęsto zabudowana dzielnica Nazlet el-Semman – część aglomeracji Kair-Giza liczącej blisko 20 milionów mieszkańców. Wiemy o tym, ale i tak chcemy pojechać zobaczyć imponujące piramidy, wystające samotnie z bezkresu pustynnego piasku. Czyż nie?

W gruncie rzeczy każdy z nas jest trochę Baudolinem, idącym do krainy, którą sam sobie wyobraził, i znajdującym tam dokładnie to, czego szukał. Każdy z nas, w podróży, szuka chyba rzeczy niemożliwych. To rodzaj autooszustwa, i w tym kontekście oszustwo to nie coś, co nam się przydarza, tylko coś, czego szukamy.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *